piątek, 1 czerwca 2012

Na poprawę życia nigdy nie jest zapóźno, czyli wyjątkowe rekolekcje od zaraz.

Jedną z cech współczesnego człowieka jest to, że pragnie wyciszenia oraz chwili na refleksję, ale z drugiej strony nie ma na to zbyt wiele czasu. Z pomocą przychodzi nowość Wydawnictwa eSPe autorstwa ojca Michała Legana pt. ,,Przyjdzie dzień, kiedy będziesz miłował".

Książka to właściwie zbiór rekolekcji, ale nie takich, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Zawarte tu nauki cechuje zwięzłość i docieranie do samego ,,sedna" problemu, wyciąganie kwintesencji z jakiegoś trudnego problemu, czy nurtującego pytania. Nic zatem dziwnego, że większość rekolekcji zajmuje zaledwie stronę lub kilka linijek ponad. Wszystkie nauki ojca Legana są oparte na wersach z Nowego Testamentu i stanowią ciekawy komentarz do słów, które być może wielokrotnie słyszeliśmy w kościele, ale już od dawna przestaliśmy wnikać w samo wnętrze wypowiedzi Jezusa. Autor, jako absolwent filmoznawstwa i poszukiwacz związków pomiędzy teologią, a kulturą, w swej książce wychodzi poza obszar tradycyjnych rozważań, snutych wyłącznie w obrębie sfery sacrum. Wśród rekolekcji mamy naukę o postach, bliskości z Bogiem, budowaniu właściwej relacji ze Stwórcą oraz drugim człowiekiem, a także przepiękny przykład matki karmiącej swe dziecko i porównanie tej sceny do odżywiania się słowem Bożym. Inaczej spojrzymy na Modlitwę Jezusową, która odtwarza błagalny krzyk Żebraka spod Jerycha z Ewangelii św. Łukasza i która jest w ciągu dnia odmawiana tysiące razy przez miliony ludzi. Lektura książki przynosi całą masę pocieszenia, a niektóre fragmenty odmieniają myślenia i skłaniają do refleksji nad naszym życiem, stosunkiem do drugiego człowieka, czy budowanej kontaktu z Bogiem. Zawarte tu treści nie są lekturą na jeden wieczór i po przeczytaniu sięgnięciem po inną pozycję, ale wymagają wielokrotnej kontemplacji, medytacji nad własnym ,,ja" i całej masy samozaparcia, aby te treści wypraktykować. Nauk włączonych do książki jest ponad 120, a każda kolejna jest równie ważna, co jej poprzedniczka. Ponadto ciekawe komentarze pozwalają na szersze i głębsze czytanie Nowego Testamentu, a barwne przykłady zapadają w pamięci na długi czas. Autor nie kładzie na naszych barkach tysięcy nakazów i nie przemawia w długich wykładach, ale stawia na zwięzłość i główny przekaz. Pozwala to nawet w chwili zabiegania i pośpiechu sięgnąć po którąś z nauk i w ciągu kilkudziesięciu sekund zapoznać się z danym pomysłem na poprawę swojego życia. Małymi kroczkami do celu, a ta książka tylko w tym pomaga.


Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję Pani Kindze 
z Księgarni Gloria24.pl

poniedziałek, 28 maja 2012

Łamanie katolickich stereotypów z celebrytami

 W życiu codziennym, w coraz nowszych mediach, w opinii wielu ludzi, hasła ,,katolik", czy też ,,wierzący" to tak naprawdę słowa będące swoistym tabu, a każdy praktykujący, czy po prostu przyznający się do swego wyznania, traktowany jest jak kosmita. Na katolików często wylewa się pomyje, naśmiewa się z nich, wytyka każdą wadę, bacznie obserwuje niepozorny krok i czeka się na upadek, aby potem zamanifestować swój pogląd mówiący o tym, że chrześcijanin to nadczłowiek, któremu nie wolno popełnić błędu, a gdy już do niego dojdzie, winą obarcza się wszystkich wierzących, szufladkując zarazem wszystkich katolików i wrzucając ich do jednego worka. Czy takie sformułowania są błędne i przerysowane? Czy to tylko utarte opinie, czy też najczystsza prawda? Czy trudno być katolikiem we współczesnym świecie? Może z pomocą w odpowiedzi na zadane tu pytania przyjdzie książka Zbigniewa Kaliszuka z kontrowersyjnym zapytaniem w tytule: ,,Katolik frajerem?".

Pozycja ta to zbiór wywiadów z takimi osobowościami jak Muniek Staszczyk, Przemysław Babiarz, Jerzy Stuhr, Krzysztof Ziemiec, czy też wielu innych. Wszystkie te osoby łączy to, że są katolikami, otwarcie się do tego przyznają, dają świadectwo i są ponadto pełni dumy z tej przynależności. Ale wiara to jedno, a różnorodność osobowości to drugie. Właśnie ta odmienność jest tak ciekawa, to te różne drogi, które i tak na końcu połączą się w jedną.

Autor książki zebrał rozmowy z celebrytami, ale pozycja ta to nie tylko wypowiedzi sławnych i znanych osób, wywiady z nimi, czy przemówienia. To zaledwie część. Główną tematykę omawianej pozycji stanowi wyjaśnienie kluczowych pojęć związanych z wiarą, takich jak znaczenie pokory i jej błędne pojmowanie, natura Jezusa, zjawisko niechęci mężczyzn do mszy i wiele innych spraw ważnych, wymagających dyskusji, ale często pomijanych, bo wiele osób żyje w utartych stereotypach i nie poszukuje odpowiedzi na nurtujące pytania. Właśnie tym wszystkich osobom wychodzi na przeciw książka ,,Katolik frajerem?". Autor łamie stereotypy, wyjaśnia ich genezę, wyprostowuje to, co zakrzywione i naprawia to, co tej poprawy wymaga. Po lekturze można rzec, że Zbigniewowi Kaliszukowi znakomicie udało się w swe rozważania wpleść fragmenty wykładów i pełne wiary świadectwa zaproszonych gości ze świata show biznesu, co pokazuje nam, że opinia publiczna tak mylną czasem jest, a katolików siedzących po obu stronach ekranu telewizyjnego łączy wiara w Chrystusa Króla, choć forma praktykowania często jest inna, a i z gorliwością różnie bywa.

W pełnych optymizmu świadectwach czasem pojawiają się przejściowe burze, upadki, ale także sukcesy i radości i to wbrew pozorom nie z dóbr materialnych, a z kontaktu z rodziną, możliwości samorealizacji, czy autentycznej miłości do Stwórcy. Natomiast odpowiedzi na trudne pytania autor opiera na solidnych fundamentach, takich jak Jan Paweł II, ksiądz Marek Dziewiecki, ale i znany duszpasterz warszawski w każdą niedzielę obecny w radioodbiornikach, ksiądz Piotr Pawlukiewicz ze swymi celnymi i pogodnymi wypowiedziami. Nie zabrakło oczywiście i C.S. Lewisa i Szymona Hołowni, a na tych dwóch lista oczywiście się nie kończy.

Czy zatem można Boga prosić o wiele? Czy chrześcijanin ma prawo chcieć posiadać dużo? Jak dbać i rozwijać swe talenty? Jak odnaleźć właściwą drogę w życiu? Czy katolik może pragnąć sukcesu i czy nie jest to brakiem pokory? A no właśnie: czym zatem jest postawa pełna pokory? Na te i wiele innych pytań odpowiada książka Zbigniewa Kaliszuka. Zaznaczam jednak, że osobom stojącym przed wyborem drogi życiowej pozycja ta sporo namiesza i zmieni ich sposób myślenia, przez co powinna być przepisywana przez lekarzy i farmaceutów jako lek na lęki o przyszłość. A katolikom mającym już ,,uporządkowaną" wiedzę na temat swej wiary nieźle wywróci dotychczasową wizję chrześcijaństwa. Czy zatem katolik jest frajerem? Książka pokazuje, że nie, i, co ważne, mamy na to silne i mocne dowody.



Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję Pani Kindze 
z Księgarni Gloria24.pl

czwartek, 17 maja 2012

Winny za niewinność

,,-(...) Uważają cię za winnego. Twój proces może nawet nie wyjdzie poza niższy sąd. Jak dotychczas, uważa się twoją winę za udowodnioną.
-Ależ ja nie jestem winny (...) to omyłka. Jak może być człowiek w ogóle winny? Przecież wszyscy jesteśmy tu ludźmi, jeden jak drugi (...)".

Z motywem zbrodni i kary można spotkać się na każdym kroku. Właściwie jeśli ktoś jest fanem programów typu ,,Sędzia Anna Maria Wesołowska", ,,Sąd rodzinny", czy też niezwykle popularne ,,Trudne sprawy" i wszystkie tego typu ,,wartościowe" seriale (żeby nie było, że oceniam widzów tego typu programów, to nie oceniam). No dobrze, ale tam mamy wyraźnie zarysowaną zbrodnię i wyrok też zazwyczaj słuszny i sprawiedliwy (czyli tak jak w życiu). Ale czy można być skazanym na śmierć i tak naprawdę nie wiedzieć za co? Absurdalne pytanie? Po przeczytaniu ,,Procesu" F. Kafki zmieniłem zdanie.

Główny bohater, Józef K., to urzędnik prowadzący bardzo nudne życie. Praktycznie praca-dom. Śniadanko podaje mu gosposia, w życiu wyręczają inni ludzie, a jego aktywność ogranicza się wyłącznie do rutyny zawodowej. Pewnego dnia do K. przychodzą tajemniczy ludzie. Bohater dowiaduje się, że jest oskarżony o coś, czego nie zrobił. Zaczyna się proces, Józef chce się bronić, chce dociec sprawiedliwości, czegoś się dowiedzieć, ale jego poszukiwania nie dają zamierzonego celu. Miota się, cofa i pomocy szuka zawsze u kogoś innego. Na chwilę wchodzi w romans, to z kimś rozmawia, to dopytuje się, ale nadal nic. Człowiek jest skołowany na maksa, a znikąd pomocy. Czy ta historia zakończy się happy endem? Nie powinienem chyba zdradzać, ale ostatnie zdanie powieści zamurowało mnie. Dobra książka powinna mieć zakończenie, które na długo zapada w pamięci. Ja po końcówce książki zaniemówiłem. Nie wiem tylko tego, dlaczego ,,Proces" wyrzucono z kanonu. Nie wiem, ale nie wszystko muszę wiedzieć przecież.

Nad wymową książki zastanawiało się wielu. Jedni widzą w niej motyw teatru świata, gdzie człowiek podlega ciągłemu procesowi. Inni chcą dopatrzyć się absurdalności mechanizmów państwa i sądownictwa. Komuś ta historia daje pole do snucia rozważań na temat ludzkiej egzystencji i bezsilności pojedynczego człowieka. Nawet czytałem o tym, że ,,Proces" uznano za moralitet. Powiem szczerze, że książka jest niezwykle tajemnicza i zagadkowa i nie daje się jednoznacznie określić. Już samo to, że została wydana po śmierci autora i pierwotnie miała być spalona, już samo to nadaje jej nie lada smaczku.

Sam nie wiem, który z tych kluczy do analizy powieści jest mi bliższy. Wiem jedno: ta książka nie daje do myślenia, bo ona rozkazuje myśleć, analizować i wyciągać wnioski. Powiem szczerze, że prawie połowa powieści jakoś mi szła, bo chciałem wyłapać fabułę (wiadomo, że czas na lekturę na kilka dni przed maturą pisemną to były tak naprawdę skrawki i ostatnie minuty kończącego się dnia). Główny problem, jakim był absurdalny wyrok i proces, wychwyciłem na samym początku i w miarę upływu stron przypatrywałem się temu wszystkiemu, zmaganiom bohatera i jego życiu, które choć postawione do góry nogami, za wszelką cenę musiało sprawiać pozory normalności. Ale jak grom z jasnego nieba spadł na mnie przedostatni rozdział, którego głębia parzy dłonie trzymające książkę i burzy utarte schematy myślowe (zarówno te o życiu, jak i o powieści). Nie wiem, może to ja dopiero w tym miejscu dostrzegłem to, co inni znacznie wcześniej? Wiem natomiast, że pełna analiza i wyłapanie wszystkich ,,smaczków" wymaga wielokrotnej lektury. Ja odkładam na półkę do ponownego czytania i jeszcze nie jeden raz wrócę do tejże powieści.

---------------
Okładka pochodzi z:
http://grono.net.pl/franz-kafka/topic/1708090/sl/proces-a-proces/

czwartek, 10 maja 2012

Coś o ,,Szewcach"

Pisemne matury za mną, więc mogę sobie pozwolić na recenzję, która ożywi trochę mojego opuszczonego za sprawą egzaminów bloga. Ostatnio przeczytałem wiele książek, ale nie było czasu na recenzje lub niektórych książek nie chciałem opisywać, bo na ich miejsce przychodził kolejne. I tak po ,,Opowiadaniach" Borowskiego, po ,,Innym świecie", po ,,Zdążyć przed Panem Bogiem", po ,,Kartotece" Różewicza, po ,,Tangu" i ,,Trans-Atlantyku" mogę dziś sobie pozwolić na recenzję, a właściwie to na moją refleksję na temat ,,Szewców" Witkacego.

Nie chcę się na siłę pastwić nad tą książką, ale nie podobało mi się w niej absolutnie nic. Przesłanie tego niegrubego dramatu jest ważne, bo świat, który zmierza do upadku, gdzie ideologie przejmują władzę, a ludzi czeka katastrofa, na pewno upragniony nie jest. A takim dramatycznym przykładem i zarazem sprzeciwieniem może być element z biografii Witkacego, gdy wizja ukazana w ,,Szewcach" spełniła się, a pisarz popełnił samobójstwo po tym, jak do kraju wkroczyła Armia Czerwona.

Owszem, przesłanie jest, ale przy czytaniu książki nie jest ono przecież samo w sobie celem, bo choć ważne, to jednak książka musi dostarczać jakiejś rozrywki i zapewniać czytelnikowi miłe spędzenie wolnego czasu. Dla mnie bardzo długie opisy przyrody w ,,Nad Niemnem" były na pewno ciekawsze niż ,,Szewcy". Rozmowy przy kapuście z ,,Chłopów" dostarczały większej rozrywki, niż wspomniany dramat Witkacego. Kilkusetstronicowa ,,Lalka" to przy tej cienkiej książce ,,bułka z masłem". Witkacy pewnie śmiałby się ze mnie, że tak pastwię się nad jego dramatem, ale pozycja zwyczajnie nie dość, że nie podoba mi się, niczym nie zachęca do ponownej lektury i na dodatek nie trafia w gusta. Dla mnie ,,Szewcy" to jeden wielki bełkot, choć lekki w czytaniu. Lubię groteskę, lubię absurd, nie mam nic przeciwko powieściom awangardowym, mimo że przepadam za powieściami ukształtowanymi przez klasyczne prądy. Podoba mi się twórczość Gombrowicza, choć nie wszystko w ciemno przyjmuję, podobało mi się ,,Tango" (i przynajmniej pośmiać się człowiek mógł), ,,Proces" Kafki też ciekawy i nawet mam zamiar kiedyś jeszcze powrócić, ale z dramatem Witkacego po prostu mi szło jak krew z nosa i najchętniej odłożyłbym tę książkę po kilku stronach, ale musiałem ją do matury przeczytać. Ciekawe jest to, że oprócz tejże pozycji wszystko inne z listy maturalnej czytało mi się w miarę dobrze (a ,,Cudzoziemka" to po prostu mój ideał). No dobra, gust nie podlega dyskusjom i jestem w stanie zrozumieć tych, dla których ,,Szewcy" to ideał dramatu. Ale też nie jest tak, że jestem jakimś antyfanem Witkacego. Miałem okazję czytać inne jego dramat pt. ,,W małym dworku" i nie pamiętam, abym miał jakieś zastrzeżenia. Przy ,,Szewcach" jakoś doszedłem do końca, ale było to spotkanie praktycznie bez emocji. Lektura ta była dla mnie wejściem do rzeki, do której nigdy w życiu nie chciałbym chociaż zamoczyć stopy. Wiem, że z klasyką nie dyskutuje się, ale gdybym fascynował się tą książką mimo mojej niechęci, bo ,,to Witkacy i tak trzeba", to chyba bym samego siebie oszukiwał. Ja poległem zawalony masą kolokwializmów, brakiem sensu, ładu i składu (te ostatnie epitety to chyba świadczą o tym, że udało się Witkacemu osiągnąć zamierzony cel). Nie podobała mi się ta książka. W czyjeś gusta nie wnikam.

--------
Okładka pochodzi z:
http://ksiazki.wp.pl/bid,29365,tytul,Szewcy,ksiazka.html

piątek, 27 kwietnia 2012

Jak zdać maturę ustną z języka angielskiego?

Za kilka dni zaczną się matury, absolwenci szkół średnich przy kubku kawy i z gorzką czekoladą będą wykorzystywać ostatnie chwile na naukę, a dla wielu osób nadszedł czas będący ostatnią deską ratunku. Od tego roku zmieniła się forma ustnej matury z języka angielskiego i niezależnie od poziomu na egzaminie pisemnym, ustna część jest wspólna zarówno dla podstawy, jak i rozszerzenia. Chociaż trochę paniki pomaga rozwiać książka pani Elżbiety Mańko pt. ,,Język angielski. Testy maturalne. Matura ustna" wydana przez wydawnictwo Langenscheidt.

Całość to 24 pełne zestawy maturalne ze wszystkimi zadaniami, poleceniami, oznaczeniem czasu na odpowiedź i wskazaniem osoby rozpoczynającej. Pozwala to poczuć atmosferę egzaminu, ponieważ zestawy są tak ułożone, abyśmy trzymali w swych dłoniach prawie identyczny materiał stymulujący, jak ten w maju. Dodatkiem do każdego z 24 arkuszy jest słowniczek, który pozwala ułożyć wypowiedź (niestety w standardowym zestawie komisja nam takiego ułatwienia nie da :D). Warto dodać, że wszystko mamy kolorowe, w dobrej jakości i odpowiedniej wielkości. Z odrobiną chęci i przy odpowiednim zaangażowaniu możemy sami przygotować się do matury ustnej z języka angielskiego, a przy okazji sprawdzić swój poziom i poznać nowe słownictwo.

Książka ta jednak nie jest skierowana tylko do indywidualistów, a z jej stron można się uczyć w dwie lub więcej osób. Druga część ,,Testów" to identyczne zestawy, które mieliśmy na samym początku, ale są one przeznaczone dla naszego ,,egzaminatora", czyli osoby, z którą będziemy się uczyć. Mamy pokazane każde słowo, które skierują do nas egzaminatorzy w czasie ustnej matury (dzięki temu można się oswoić, opanować stres i wiedzieć kiedy zacząć odpowiadanie). Autorka książki zadbała o to, aby zaprezentować nam przykładowe pytania komisji, łączniki pomiędzy zadaniami, które zostaną do nas skierowane, a także czcionką pochyłą zasygnalizowano czynności takie jak podanie zestawu, czy w wylosowanie obrazków. Książka pozwala dobrze się przygotować, ale przede wszystkim oswoić z tym, co czeka maturzystów. Mamy w sumie odtworzony pełny przebieg ustnej matury. Zestawy obejmują cały zakres materiału z części leksykalnej (14 działów tematycznych), a pytania mogą być podobne do tych, na które maturzyści będą musieli odpowiedzieć podczas egzaminu. Ponadto w książce mamy opis kryteriów oceniania i w każdej chwili możemy sprawdzić, ile punktów można otrzymać za daną umiejętność.

Na koniec chcę tylko dodać, że zaopatrując się do matury zakupiłem kilka repetytoriów do języka angielskiego i niestety wszystkie moje nabytki (mimo wydania po zmianie formy egzaminu ustnego) nie poprawiły błędów i nadal przygotowują pod zeszłoroczny egzamin. Tym większa radość, że znalazła się książka, która pomaga przygotować się do nowego egzaminu ustnego.

A jeśli ktoś nie jest tegorocznym maturzystą, a chciałby pouczyć się języka, to nie widzę przeszkód, aby także skorzystał z tej książki. Jadąc za granicę spotkać się można z sytuacjami, które zawarte są w arkuszach (w końcu taki chyba jest cel matury ustnej z języka obcego, aby sprawdzała umiejętność komunikowania się). ,,Testy" nie dość, że są starannie wydane i opracowane z rzetelnością, to jeszcze są pomocne. Książkę widziałem, przeglądałem i trochę praktykowałem już jakiś czas temu, ale dopiero teraz stała się moją własnością. I mogę jeszcze tylko tyle dodać, że znam przypadek osoby, która była raczej słaba z języka angielskiego, ale z odrobiną samozaparcia, własnego wkładu w przyswajanie wiedzy i dużych chęci, po kilku ,,lekcjach" z tą pozycją zdała próbny egzamin na ponad 70% (i nie jest to z mojej strony jakieś koloryzowanie, a czysta prawda).

A wszystkim tegorocznym maturzystom życzę właśnie tego samozaparcia i chęci... i dobrych wyników :)

Za możliwość zrecenzowania książki 
bardzo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Langenscheidt


-----------------
Logo oraz zdjęcie okładki pochodzą ze strony Wydawcy (link powyżej)

wtorek, 17 kwietnia 2012

Dżuma atakuje...


Bardzo rzadko zdarza mi się dla książki zarwać nockę w sensie dosłownym. Bo gdy kładę się wraz pianiem kogutów (czyt. dzwonów obwieszczających jutrznię) to zawsze sobie te 5 godzin pośpię do godziny 11. Dziś stał się wyjątek: mój wypoczynek rozplanowałem na 3,5 godziny snu i dobrą książkę. Na moją poranną ospałość i na wory pod oczami wpłynęła... ,,Dżuma" Alberta Camusa.

Zaczyna się groźnie: leżą martwe szczury. Potem cała masa gryzoni. I to jeszcze nie koniec, bowiem dzieje się coś dziwnego. Nie wiem czemu, ale początek książki skojarzył mi się z ,,Mgłą" S.Kinga (a właściwie to z filmem na podstawie powieści). No dobra, ale do rzeczy: ludzie mają dziwne objawy, ropa, rany, wysypki. No co jak co, ale autor dosyć skrupulatnie raczy czytelnika opisami objawów występujących u ludzi. Zapada wyrok: dżuma. Mamy XX wiek, na świecie dokonuje się coraz większych odkryć, wszędzie panuje rozwój technologiczny, a w ukazanym mieście panuje epidemia choroby, która kojarzy nam się raczej ze średniowieczem. Ludzie umierają setkami, prasa podaje każdego dnia liczbę ofiar, a pogrzeby wykonuje się w błyskawicznym tempie. Mieszkańcy Oranu są skazani na kwarantannę, a  na każdym kroku widać śmierć. Chcielibyśmy, aby to była wizja rodem z jakiegoś science fiction, ale niestety tak mogła wyglądać epidemia dżumy na kartach historii świata (oczywiście bez tej otoczki techniki). Powiem szczerze, że widoki są mocne i to jest jedna z tych książek, które wyróżniają się w kanonie literatury (czyli w podręcznym bagażu humanisty-książkoluba).  Naszym przewodnikiem jest doktor Rieux, który jest zarazem... niech to zostanie tajemnicą ostatnich stron powieści. Mogę tylko tyle dodać, że bohaterowie nie są jednobarwni i na każdą postać składa się cała masa różnych zachowań, warstw natury ludzkiej i tym podobnych. Gdzieś wpadło mi w oczy, że powieść reprezentuje egzystencjalizm. Rzeczywiście, refleksji o ludzkim życiu, o sensie istnienia i roli człowieka jest tu sporo. Zresztą, zawsze tam gdzie występuje śmierć, pojawiają się pytania o nasz ziemski byt i Wieczność.

,,Dżuma" to książka wyjątkowa, bardzo dobrze napisana, dopracowana w detalach, mająca przesłanie, intrygująca, wciągająca, ale też bez odpowiedniego zaangażowania od strony czytelnika potrafiąca nie trafić do warstwy estetycznej człowieka. Miałem na początku duży problem ze skupieniem się i ,,wejściem" w przedstawiony świat. Myślałem, że przez tę trudność na początku już nie dam się porwać i będę tylko biernym obserwatorem, który po kilku dniach zapomni to, co się działo w środku. Dobra książka zapada na długo w pamięć. ,,Dżuma" taką powieścią jest. Gdyby nad moją głową nie piętrzyła się teraz cała masa książek, poczytałbym jeszcze raz chociaż fragmenty. No cóż, mam nadzieję, że do starości (jeśli takowa będzie mi dana) znajdę tę chwilę, aby powtórzyć sobie lekturę tejże książki. Gdybym dawał na tym blogu poszczególnym książkom oceny, ta dostałaby notę wysoką. Polecam!

------
Okładka pochodzi ze źródeł własnych :D

wtorek, 10 kwietnia 2012

Zachęcony ,,Kościołem dla średnio zaawansowanych", a z drugiej strony będąc ciekawy, sięgnąłem po książkę Szymona Hołowni ,,Bóg. Życie i twórczość". Pierwszym wrażeniem może być to, że autor tym razem podjął trudny temat, z którym na przestrzeni wieków starały się zmierzyć autorytety teologiczne, filozoficzne, fizyczne i jeszcze zapewne i inne, o których istnieniu nie wiemy. Aby książce nadać jasności i przejrzystości, pan Szymon zaczyna od pytania o istnienie Boga. Rozważa ,,za" i ateistyczne ,,przeciw". Pokazuje problem z dwóch stron i dochodzi do wniosków, wydawać by się mogło, że prostych (ale to tylko pozór, który powstaje po dogłębnej analizie tematu). Hołownia idzie dalej i pokazuje proces powstania świata. Nie mówi przy tym: ,,pamiętaj, 7 dni i koniec!". Autor już od początku analizuje problem filozoficzny, wiedzę badaczy i daje nam płynny, plastyczny i przejmujący obraz tego, jak kształtował się świat. Gdyby podręczniki od fizyki i astronomii dawały nam takie opisy zachodzących zjawisk, pewnie w narodzie obudziłby się dawno u wielu osób zgaszony ,,gen Kopernika". Hołownia pisze nam wprost o tym, co można wyczytać w Biblii, a co uznać za słowa natchnionych pisarzy, którzy przecież nie mieli takiej wiedzy o Wszechświecie jak my. Bardzo podoba mi się przejrzystość, lekkość pióra, choć tematyka nie jest łatwa. Pan Szymon pokazuje, że wiara nie wyklucza rozumu, a rozum wiary i że obie te wartości należy ze sobą łączyć, aby mieć pełny obraz świata. Zatem wiara w Boga nie wyklucza tego, że Stwórca wykorzystał w procesie budowania świata zjawiska biologiczne i chemiczne.

Książka daje nam wykłado-przemyslenio-eseje, w których autor porusza fundamentalne tematy związane z Bogiem, teologią i wiarą chrześcijańską. Takiej lekcji towarzyszy potem ,,Poradnik", gdzie zostają przedstawione uzupełnienia, wskazówki i logiczne wytłumaczenie wielu kwestii, które mogą pojawić się w codziennych pytaniach i z pozoru postawić nas pod murem (w praktyce jednak pomogą zburzyć wszelkie mury, ale z pomocą rozumu i jasnego wytłumaczenia komuś jego wątpliwości).

Hołownia ma dar lekkiego pisania, docierania do odbiorcy i zostawiania w nim tego ,,czegoś", co czeka na wykiełkowanie. Pan Szymon jest też sprytny (ale jednak jest to chyba duża mądrość) i potrafi przewidzieć i rozwiać negujące daną kwestię argumenty ateistów. Myślę, że po książkę sięgnie niejeden niewierzący, bo znajdzie tu odpowiedzi na nurtujące pytania. Wielki plus dla Hołowni za to, że może trafiać nie tylko do osób wierzących. Kto wie, czy ktoś nie powróci do Boga właśnie dzięki tej książce, bo uświadomi sobie, że zbłądził, a jego wątpliwości były pozorne i chwilowe?

Tytuł książki jest kontrowersyjny i poniekąd szokujący (co zachęca do otworzenia pozycji choćby z ciekawości). Imię Najwyższego a pod spodem takie słowa jak: ,,życie" i ,,twórczość". Zazwyczaj kojarzy nam się to z tytułami biografii i to też nie pierwszych lepszych, bo skoro ,,twórczość" to wskazanie na twórcę i jego dzieła. No tak, ale czy Bóg w sztuce nie jest często nazywany lub ukazywany jako Architekt lub Artysta? No dobrze, ale biografia Boga? Zamiast rozmyślać nad sensem tytułu, dajmy sobie trochę czasu na lekturę (która zresztą rozwieje nasze wątpliwości).

Od czasów lektury książek C.S. Lewisa (mówię tu o tych kluczowych) spotkałem mało pozycji podobnych do tej. Były prace ciekawe, przejrzyste, napisane przystępnie, ale nie poruszały one tak trudnych spraw i to z taką płynnością. Hołownia wysuwa czasem bardzo śmiałe teorie (zresztą jak i Lewis), ale wszystko to z biegiem argumentacji staje się bardzo logiczne. Pisarz ma ogromny talent, nie zanudza i gdy na jakiś temat musi poświęcić więcej miejsca (wiadomo, że człowiek po 10 minutach skupienia zaczyna się wiercić i bujać w obłokach), to towarzyszą temu liczne dygresje, czy podobne zabiegi. Lekkość, płynność, ciekawy styl, ważne sprawy. Nie żałuję nawet jednej sekundy tej lektury. I jeszcze bardzo, ale to bardzo cieszy mnie fakt, że Hołownia jest Polakiem, bo to nasz ,,Skarb Narodowy". Kropka!

------------
Zdjęcie pochodzi z:
http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,2846,tytul,B%C3%B3g.%20%C5%BBycie%20i%20tw%C3%B3rczo%C5%9B%C4%87
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...